Historia zaczyna się 31 maja 2025 roku w mieście Changshu, sąsiadującym z Szanghajem, gdzie 55‑letni mężczyzna (znany jako Li) został uderzony przez ramię robota przemysłowego pracującego ponad jego głową. Uderzenie było tak katastrofalne, że doprowadziło do niemal całkowitego oderwania kręgów szyjnych – szyja pozostała przyłączona do tułowia jedynie dzięki tkankom miękkim. To wewnętrzna dekapitacja – skrajnie rzadki i potencjalnie śmiertelny uraz – i natychmiast wywołała paraliż oraz zatrzymanie akcji serca. Błyskawiczna reanimacja przywróciła podstawowe funkcje życiowe mężczyzny. Ale to był dopiero początek walki o Li.
Robot niemal go ściął, lekarze złożyli szyję jak układankę
Badania obrazowe przeprowadzone w Szpitalu Changzheng w Szanghaju pokazały obraz, który do tej pory pozostawał niemal teoretycznym przypadkiem w literaturze urazowej. Szyjne kręgi pacjenta były całkowicie przemieszczone – głowa „zsunęła się” względem osi kręgosłupa. Jedynym ratunkiem okazało się to, że rdzeń kręgowy, choć mocno stłuczony, nie został przecięty. To właśnie ta cienka nić biologicznego szczęścia sprawiła, że lekarze mogli myśleć o operacji zamiast przygotowywać rodzinę na najgorsze.
Czytaj też: Ratunek dla serca po zawale. Szwajcarzy dokonali niemożliwego
Dramatyczny problem stanowiły także naczynia krwionośne. Obie tętnice kręgowe – niosące krew do mózgu – były niedrożne: jedna zablokowana przez odłamki kości i skrzep, druga rozciągnięta do granic wytrzymałości. Oznaczało to, że mózg był zasilany w krew tylko w minimalnym stopniu, a każdy ruch pacjenta mógł doprowadzić do katastrofy naczyniowej i śmierci. Doprowadzenie krążenia do stanu stabilności wymagało intensywnego podawania leków wazopresyjnych .
Podjęcie decyzji o operacji było jednym z najbardziej ryzykownych momentów w karierze lekarzy. Jak tłumaczył dr Chen Huajiang, kierujący oddziałem chirurgii kręgosłupa szyjnego, otwarcie rany groziło rozlaną infekcją płynu mózgowo-rdzeniowego, a uwolnienie skrzepów – gwałtownym, śmiertelnym krwotokiem sięgającym dwóch litrów krwi w kilkanaście sekund. Do tego dochodziła niemożność wykonania standardowych badań diagnostycznych – pacjent był tak niestabilny, że nawet drobny ruch mógł zakończyć się śmiercią na stole.

Ostatecznie 18 czerwca przeprowadzono trzygodzinną operację. Chirurdzy usunęli skrzepy, nastawili kręgi szyjne i zastosowali nowatorskie wzmocnienie implantologiczne – dodatkowe płyty pomocnicze (tzw. auxiliary plates), które zwiększyły stabilność konstrukcji i zmniejszyły ryzyko ponownego przemieszczenia kręgów. Było to pierwsze odnotowane użycie tej techniki w przypadku tak ekstremalnego urazu. Warto nadmienić, że podczas operacji, chirurdzy działali „po omacku” – na żywo dobierali miejsce i kierunek wkręcania śrub oraz odpowiednie ustawienie implantów, aby uniknąć dodatkowych powikłań.
Największym triumfem było to, że pacjent obudził się już po operacji – świadomy, z zachowanymi podstawowymi funkcjami neurologicznymi. Lekarze zdjęli mu rurkę intubacyjną, a on sam, przy pomocy rehabilitantów, mógł usiąść i poruszać ramionami. To, co dla innych byłoby drobnym ruchem, tutaj stało się symbolem zwycięstwa medycyny nad fizjologiczną katastrofą. Li został wypisany ze szpitala 9 lipca. Dziś kontynuuje intensywną rehabilitację – uczy się na nowo kontrolować kończyny, a lekarze prognozują, że jeśli nie pojawią się powikłania, może odzyskać jeszcze większą sprawność w kolejnych miesiącach.
Ten przypadek zwrócił uwagę środowiska neurochirurgicznego i ortopedycznego w Chinach, a także międzynarodowego, jako przykład rozszerzenia granic tego, co uważano dotąd za niemożliwe w urazach kręgosłupa szyjnego. Zespół lekarzy podkreślił, że sukces był możliwy dzięki ścisłej współpracy między ortopedami, specjalistami intensywnej terapii i anestezjologami – to wielodyscyplinarne podejście okazało się kluczem do sukcesu.